Strona:Jerzy Szarecki - Na pokładzie Lwowa.djvu/121

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Marynarz, wróć! Marynarz, wróć!
Spojrzałem poza siebie i przystanąłem.
Z gęstwy przechodniów wyrwał się jakiś wysoki jegomość w okularach i szybkiemi krokami zmierzał ku mnie.
Oczekiwałem go ze zmarszczoną brwią i niesympatycznym wyrazem twarzy.
— Chcę zwrócić pańską uwagę… — zacząłem, gdy nieznajomy stanął twarzą w twarz do mnie.
— Wiem, wiem — przerwał mi okularnik — wiem, że odezwanie się moje mogło się panu wydać niezupełnie na miejscu, zwłaszcza, że jestem po cywilnemu, ale widzi pan, ja mam niejakie prawo na traktowanie pana, jako podwładnego, pan pozwoli… admirał Alfjan jestem.
Uścisnąłem dłoń „admirała“, obrzuciwszy jednocześnie nieufnem spojrzeniem całą jego wysoce niemorską postać.
Wysoki, o wynędzniałej, bladej twarzy, ze zwisającemi wdół siwemi wąsami, ubrany był skromnie, nieomal biednie. Żółta, wyszarzana kurta, zapięta