Strona:Jerzy Szarecki - Czapka topielca.pdf/98

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


śmiechu, drżące lękliwie piersi i cudne nerwowe, obnażone nogi broniące się lecz już słabnące... To miłość. Zdarzało się, żem widział opalone, włochate ręce ciągnące się ku tym piersiom drżącym, zdarzało się, żem widział twarz amerykanina dławiącego lubieżnie wargami szalony śmiech tych krwawych rozwartych ust, zdarzało się żem widział, jak cudne, nerwowe, obnażone nogi...
To zazdrość. Dwa wielkie szaleństwa złączyły się w jedno olbrzymie, zakręciły mnie w swym wirze potwornym i zepchnęły na dno otchłani zbrodni.
Była trzecia, ciemna noc strasznego sztormu, gdy w ponury huk grzmotów wmieszał się trzask masztów podciętych moją ręką i w oślepiającym świetle błyskawic, ujrzałem piękny jacht grążący się szybko w toni rozszalałych fal. Wówczas porwałem ją, jedyną uratowaną, w ramiona i powaliłem na dno miotanej nawałnicą szalupy. Widziałem czarne, rozwarte, przerażeniem płomienne oczy, czułem drżące lękliwe piersi, walczyłem z cudnemi, nerwowemi nogami opierającemi się lecz już słabnącemi, czułem na gardle ostre, białe zęby broniącej się samicy, czułem te zęby wśród skrwawionych moją krwią ust rozwartych w szalonym, spazmatycznym płaczu. Straciłem przytomność z upływu krwi pluchającej