Strona:Jerzy Szarecki - Czapka topielca.pdf/60

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


to były noce na „Czajce“, gdym myślał o każdej godzinie nocy, i na wachcie i w hamaku, co oni tam robią ze sobą na „Krze“. Hej. Pogryziony był mój hamak, jak sieć wyglądał...
Łzy gorzkie, łzy rozpaczy i bólu trysnęły z oczu Jana. Runął twarzą w pościel i łkał.

Skrzyp drzwi w sąsiedniej kajucie wstrząsnął nerwami Jana. Jak pod naciekiem potężnej sprężyny zerwał się i bezszelestnie siadł na posłaniu. Zamienił się cały w słuch. Przymknął nawet oczy, żeby lepiej słyszeć. W kajucie szypra toczyła się jakaś rozmowa. Jan rozróżniał dwa głosy: głos Marji i Morża. Natężony wysubtelniony słuch chwytał łapczywie wszystkie nuty i tony głosów mężczyzny i kobiety. Ale nie dosłyszał nic szczególnego, była to zwykła codzienna rozmowa.
Jan rozwarł oczy i wpatrzył się w ciemny, okrągły kształt iluminatora. Za szybą była czarna, bezksiężycowa noc. Tuż, tuż za żelaznemi listwami burty łagodnie bulgotały fale, jak woda wylewana z butelki. Cisza była zupełna, na pokładzie i morzu. Nie klaskały nawet obwisłe na bezwietrzu żagle. Od czasu do czasu tylko z baku dolatywał głos wachtowego na „oku“: światła się paląąąą! i zarazże tuż nad głową