Strona:Jerzy Szarecki - Czapka topielca.pdf/59

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


widywaliśmy się. No i raz na szalupie gdyśmy odjechali od brzegu, poprosiłem ją, żeby była moją. Zgodziła się. No bo jakżeż? Kochała przecież. Morż się jakoś chytrze o tem wywiedział. Postanowił działać szybko. Skorzystał, gdym na półroczną poszedł wyprawę i zrobił swoje. Gdym wrócił, załatwione już było wszystko. Ślub za trzy dni. Przymusił matkę, a jej zagroził, że wyrzuci na ulicę i ją i tę chorą... matkę. Zgodziła się. Płakała podobno, rozpaczała. Rozpaczała, ale cóż ona... ja... Prosiłem ją, błagałem, nogi całowałem. Nic. „Matka... — powiada... — muszę”. W pysk żem jej wtedy dał rzetelnie. Ale nic. I to nie pomogło. „Matka... — powiada... — muszę, bo inaczej na ulicę wyrzuci”. Rozpaczała bardzo, ale cóż ona... ja. Docna te sztachetki co kościół otaczają obgryzłem. Jak ślub brali. A później... ta noc. Hej, zimna była fala w morzu tej nocy. Ale nic, nie złapał skurcz. Wypłynąłem. Nie dało zginąć to coś, co w środku siedzi i woła żyć... żyć... Nic. Wypłynąłem. Tak i nie wiedział nikt. Wybrali się oni na wyprawę razem. Morż i Marja. Skąpy szyper, łapczywy na pieniądze, nie chciał opuszczać połowu. A może się i bał Marję samą zostawiać. Zabrał ze sobą. No, ja też na wyprawę poszedłem. „Czajka”. W jednym kierunku poszły „KRA” i „CZAJKA”. Hej! Ciężkie