Strona:Jerzy Szarecki - Czapka topielca.pdf/52

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


wym wysiłkiem wydrzeć się starał sennej niemocy, wychynąć z wodnej otchłani i dążyć na ratunek. Ale moc jakaś niezłomna trzymała go krzepko w swych szponach. Charczał więc tylko, męką beznadziejną dławiony. Obudził się od miękkiego dotknięcia ręki kobiecej. Marja stała obok kojki i pieszczotliwym ruchem gładziła jego bujne, zwichrzone podczas snu włosy.
— Długo spałeś — rzekła łagodnie — przespałeś cały dzień i noc następną. Jakże się czujesz teraz?
Zrazu nie odrzekł nic. Spojrzał jej tylko długo, przeciągle w źrenice, a potem odwrócił głowę do iluminatora. I
Za szybą, w świetle słonecznem, łagodnie pluskały fale nie większe od małego delfina. Cisza była zupełna. Najlżejszy podmuch wiatru nie marszczył niezmierzonej tafli wód. Po sztormie nastał beznadziejny, martwy sztil. Jan odwiódł wzrok od szyby i zamknął oczy. Nie chciał patrzeć na Marję. Po przejściach marzeń sennych nocy ubiegłej nieznośnym był dla niego jej widok. Wszelako po chwili znów uniósł powieki i spojrzał jej w oczy. Nie mógł przezwyciężyć tęsknoty wzroku swego do postaci Marji. Było jednak coś w spojrzeniu jego, co niemile tknęło