Strona:Jerzy Szarecki - Czapka topielca.pdf/38

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


złowrogim i bryzgami fal i tą drugą, co całunem nieprzeniknionym okryła jego oczy i umysł. Gdy całun ten stał się tak czarny, że aż wydarł gdzieś z głębi bezdźwięczny głos przerażenia duszy, a myśli pobladłe i znużone uleciały wichrem poza krąg świadomości; zsiniałe palce Jana rozwarły się i wypuściły pień stengi. W nim i nad nim rozpostarła swe panowanie wszechpotężna noc. Stracił wszelkie czucie i moc. Świadomość gdzieś znikła zginęła. Wola życia unicestwiła się. I gdy ostatnie jej poruszenie zamarło gdzieś na dnie otchłani omdlałej duszy, Jan na tle czerni otaczającej go nocy ujrzał nagle Marję.
Była tuż obok niego. Widział jej piękną, białą twarz, okoloną falami bujnych, czarnych włosów, widział jej oczy ciemne, smutne, utkwione w swoich źrenicach. Nieomal fizycznie czuł jej drobne ciało przy swojem. W nagłym porywie miłości wyciągnął ramona. Wówczas znikła. Znikła i miejsce w którem była przed chwilą zapełniła znów ciemna, ciężka, grobowa mgła.
Duszę Jana przygniótł jakiś ciężar niezmierny, jak głaz mogilny, co dławi piersi umarłych. Krzyk straszny, głuchy, bolesny, z głębi trzewiów dobyty wydarł się na usta. Z krzykiem tym wróciła doń przytomność i świadomość tego, co jest. Znów usły-