Strona:Jerzy Szarecki - Czapka topielca.pdf/179

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


przy szerokich, otyłych piecach Francuza. Krew, ciemną strugą bluznęła na deski pokładu. Z gardła Mahaya dobyło się charczenie, jęk, a później głośny, przeraźliwy, duszę rozdzierający krzyk zabrzmiał koszmarnie w cichych ulicach portowych.
— Ratunkuuuuuu!
Syroj prawą ręką zdławił gardło Francuza, a lewą trzymając nóż pchnął w bok raz, drugi i trzeci. Krzyk się urwał i tylko przedśmiertne charczenie dobywało się z piersi Mahaya. Było już jednak zapóźno — z głębi przybrzeżnych ulic zabrzmiały na alarm jękliwe gwizdki policyjnych patroli. Syroj porzucił zabitego i podniósł z pokładu Safandopułłę.
— Uciekajmy! — wyrzucił jednym tchem — Policja!
Grek oprzytomniał. Obydwaj rozejrzeli się dokoła. W głębi przystani majaczyły już płaszcze francuskiej policji portowej.
— Do wody! — krzyknął Syroj, zepchnął Greka z pokładu i sam skoczył za nim. Popłynęli szybko w kierunku redy, gdzie błyskały światełka „Chinsury”. Za nimi buchnęło kilka ogni wystrzałów. Kule plusnęły obok nich w fale. Nie trafiła żadna. Po dwudziestu minutach obydwaj podpłynęli do trapu „Chinsury”. Weszli na pokład. Nie zauważył ich nikt.