Strona:Jerzy Szarecki - Czapka topielca.pdf/168

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


dach wszystkich niemal okrętów żaglowych, szlachetny, tradycją uświęcony zwyczaj kradzieży prowiantów z kambuza. Zwyczaj ten ma mało zastosowania tam gdzie kucharz jest energiczny i zły, natomiast bardzo szeroko się uprawia, gdzie kok jest z usposobienia kluską i nie ma władzy nad marynarską bracią. Samo przez się rozumie, że Banabak należał do tej drugiej, „kluskowatej“ kategorji koków. Takiej jednak niezdary, jak Banabak nie było na pewno nigdy i nie będzie wśród kasty kucharzy okrętowych. Prowianty „wędzono“ mu niemal z patelni. W sztuce tej, tak samo zresztą, jak i w innych mało z uczciwością mających wspólnego, celowali Safandopułło i Syroj. Grek zwłaszcza, odznaczający się nieprzyzwoitym wprost apetytem, przebierał wszelką miarę w uszczuplaniu zapasów magazynu żywnościowego. Mamertyński, który zwrócił uwagę na zbyt szybkie zmniejszanie się prowiantów, wezwał Banabaka do siebie i nakazał mu oszczędność w rozdzielaniu dziennych racyj obiadowych. I oto następnej nocy gdy wachta w której byli Syroj i Safandopułło, schodziła ze służby otwarły się cicho drzwi prowadzące do kuchni i dwie postacie, jak cienie wślizgnęły się do środka. Banabak, który spał w nocy na ciepłej jeszcze płycie kuchennej, ostrożnie uniósł