Strona:Jerzy Szarecki - Czapka topielca.pdf/115

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


i w blasku tym zajarzyły się strasznie, jak okna piekielnego gmachu czarne oczodoły trupiej czaszki. Białe zęby błysnęły w szatańskim skurczu i wokół od czaszki potoczył się potworny grozą przejmujący grzmot śmiechu śmierci. Potem raz po raz zaczęły bić pioruny i błyskawice co chwila rozdzierały czarny kir nocy. I w tem niebieskiem, oślepiającem, tajemniczem świetle szatańsko śmiała się, szczerząc zęby, biała czaszka Januszka...
Obudziłem się, zlany zimnym potem. I tu po raz drugi tej nocy z przerażenia stanęły mi włosy dębem na głowie. Pierś moją przytłaczał ciężar ogromny, ręce rozpostarte na krzyż, trzymały w stalowym uścisku czyjeś żelazne dłonie, tuż nad twarzą swoją ujrzałem złowrogie, piekielnym ogniem płonące źrenice. Na obnażonem gardle poczułem ostre zęby, wpijające się w krtań. Poczułem ciepłą krew spływającą na piersi. Koła czarne, zielone i czerwone zawirowały mi przed oczyma. Poczułem, że jeszcze chwil kilka tego śmiertelnego chwytu, a już nigdy nie podniosę się z mat i czwarta czaszka spocznie na piaszczystem wybrzeżu tej przeklętej wyspy. Ostatkiem nadwątlonych sił zerwałem się z maty i zrzuciłem zmorę z swej piersi. Stanąłem, chwiejąc się na środku pieczary, z rewolwerem w ręku