Strona:Jerzy Szarecki - Czapka topielca.pdf/114

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


binowych ust. Zasypiam po raz drugi we śnie. Walczę jeszcze sił ostatkiem z tą opanowującą mnie słabością, lecz czuje, że już ulegam i za chwilę nie będę nic wiedział i czuł... I wtedy zdało mi się, że od dalekiego brzegu wyspy, gdzie w piaskach wśród poszumów fal leży biała czaszka zmarłego Januszka, poczęła iść ku pieczarze mara, zjawa śmiertelna... Wąsaty Januszek stanął nademną. Nie zmienił się wcale, wyglądał tak samo, jakim go widziałem po raz ostatni. Czarne, szelmowskie oczki pod krzaczastemi brwiami patrzyły we mnie z uporem, uważnie...
— Cóż ty, bracie, wyprawiasz — rzekł z wyrzutem — przecież zasypiasz! Czyż nie czujesz?
Pochylił się nade mną i szepnął do ucha, musnąwszy mój policzek wąsami.
— Zbudź się! Zbudź prędzej, bo będzie źle!
— Nie mogę — jęknąłem głucho — jestem słaby. Ratuj, Januszku!
I wtedy stało się coś, co w tym śnie podwójnem przerażeniem zjeżyło mi włosy na głowie. Ujrzałem oto skrawek piaszczystego wybrzeża na którem leżały kości. Wokoło była czarna noc i szalała burza. Tumany piasku, gnane wichurą, skręcały się w potworne wiry i trąby. Nagłe łyśnięcie błyskawicy zalało wszystko oślepiającem, niebieskiem światłem