Strona:Jerzy Szarecki - Czapka topielca.pdf/113

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


tknięciem jej dłoni. Grała. Grała naga zupełnie, półleżąc, zalana tajemniczem światłem miesiąca, rzucającem swe blade snopy czarownych promieni w mroczną otchłań pieczary.
Urzekła. Urzekła mnie swą cudną grą, głosem pięknym, melodyjnym, śpiewającym pieśń miłości, czarną otchłanią swych przepaścistych oczu, pełną złowrogich blasków szatana. O północy, gdy księżyc schował się za chmury, poznałem co to rozkosz najwyższa. Była jak cudna zjawa, najpiękniejszego snu haszyszu! Rozkosz granicząca z szaleństwem! Cudna! Bogini czaru i miłości!
Usnąłem wkońcu w jej ramionach znużony i zupełnie wyczerpany nerwowo. Zasnąłem mocno. Jeszcze nigdy w życiu chyba ani przedtem ni potem nie spałem tak mocno. I zwidział mi się sen...
Zdawało mi się oto, że leżę, jak w rzeczywistości, na matach obok cudnej wyspiarki. Dłoń jej gładzi pieszczotliwie me włosy, a cudne, krwawe, nerwowe usta całują łagodnie me oczy. Od ciała jej idzie ku mnie rozkoszny, o omdlenie przyprawiający żar, a pocałunki coraz częstsze i dłuższe naprowadzają słabość i senność...
Czuję we śnie, jak sen coraz mocniej skuwa me członki. Już zamykają się oczy pod dotknięciem ru-