Strona:Jerzy Szarecki - Czapka topielca.pdf/106

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


dziewać lekkiego uspokojenia się burzy. Narazie jednak wokół było ciemno jak w mogile i pieniste grzbiety olbrzymich rozchwianych grzywaczy następujących na statek wyglądały, jak długie korowody białych widm przychodzących z mroku i uchodzących w mrok. Co chwila jakiś potężniejszy bałwan z szumem złowrogim przewalał się przez pokład na moment pokrywając wszystko białym całunem piany. Wkońcu lunął deszcz, zajaśniały pierwsze błyskawice i w wycie wichury wmieszał się ponury huk grzmotu. Burza zamiast, jak przewidywałem, osłabnąć, wzmogła się jeszcze. Zaczęły jęczeć wiązania i szpanty, łańcuchy kotwiczne złowrogo jazgotały w kluzach. O godzinie drugiej w nocy wróciła z lądu szalupą. Tuż przy trapie omal nie została zdruzgotana falami o burtę. Załoga jej opowiadała, iż uważa za wyraźny cud Boski, że ich nie zalały fale w drodze powrotnej. Spytałem o Januszka. Odpowiedzieli, że komendant wyskoczył z szalupy na piasek plaży i poszedł zaroślami w głąb wyspy. Było tak ciemno, że w kilka sekund stracili go z oczu. Kazał przyjechać po siebie nazajutrz zrana. Nikogo z tych marynarzy nie dziwił postępek ich komendanta, gdyż, jak opowiedzieli mi zaraz, zawijają na tę wyspę przy każdym rejsie już od dwóch z górą lat. Dodali jeszcze,