Strona:Jerzy Lord Byron - Poemata.djvu/583

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Zdają się być w liberją szaleństwa przybrani,
Pocięci scyzorykiem, atramentem zlani,
Tak natrętni, zazdrośni, chciwi, podejrzliwi,
Iż każdy ich unika i na nich się krzywi;
Ja mam często ochotę, i toby się zdało,
Policzkiem im zrumienić suchotnicze ciało.
Bo wolę ja partacza, kwiat wszystkich partaczów,
Niż te szczypce dymiące, tych nudnych bazgraczów.

76.

Liczba ich nieskończona, ale są tam przecie
Ułożeni poeci i godni żyć w świecie,
Jak Scott, Rogers, Moor, którzy oprócz swego pióra,
Znają jeszcze coś więcéj, znają grzeczność, która
Wszystkich ujmuje; kiedy balują tymczasem
Bez żadnéj przystojności z hukiem i hałasem
Owi zarozumiali głupstwa jedynacy,
Krzycząc: „Chodźmy, już dano herbatę na tacy!“
Lecz zostawmy tych panów z siebie ucieszonych,
Przy ich modnych koterjach, i paniach uczonych.

77.

Muzułmanki nie znają tych uczonych ludzi,
Których słodka rozmowa wielkie myśli budzi,
Pobyt z nich choć jednego w tureckim meczecie
Zadziwiłby pohańców, jak dzwon w minarecie.

78.

Turczynka nie zna wielkich dziel metafizyka,
Nie chodzi do księgarni, nie czyta dziennika,
Ni sporów religijnych, moralnych powieści,
Filozoficznych uwag, politycznych wieści;
Nie ściska przy niéj chemik swoich sztucznych gazów,
Ani malarz nie robi wystawy obrazów,
Nie umie astronomji, ani botaniki,
I z łaski Boga, nie zna nic matematyki.

79.

Mój czytelnik się może zdziwi, lub zaprzeczy,
Jak Bogu dzięki składać za podobne rzeczy?
To fraszka, mam powody, a czytelnik z zgrozą
Może się ich domyśla, ale o tém prozą