Strona:Jerzy Lord Byron - Poemata.djvu/485

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


On, ojca swego najdroższe marzenie,
I dla któregom jeszcze żyć zażądał,
Na to, bym jego łagodził cierpienie,
A kiedyś — może — wolnym go oglądał;
On, co tak silny, czy wiarą natchnięty,
Tak długo znosił srogość swojéj doli;
I on nakoniec, jakby kwiat podcięty
Więdniał, usychał i ginął powoli.
Ach! jakąkolwiek kto śmiercią umiera,
Strasznie jest patrzéć, jak z ludzkiego ciała
Zwolna, boleśnie dusza się wydziera;
Widziałem, jak się razem ze krwią lała,
Widziałem, jak się mocując z bałwanem
W szale rozpaczy, walczyła z orkanem,
Widziałem zbrodnię na łożu śmiertelném,
Jak bladła, drżała przed widmem piekielném;
Straszne to śmierci — ta zaś cicha, rzewna,
Lecz tak powolna — i tak smutnie-pewna.
Więdniał tak lubą łagodnością tchnący,
Tak mile smutny, tak cicho gasnący,
Bez łzy, a przecież tak czuły i tkliwy
I o mój tylko przyszły los troskliwy.
Kwiat mu się życia na licach rozwijał,
Jakim się zwykle młoda czerstwość wdzięczy,
Szyderstwo śmierci! — tak on gasł i mijał,
Jak nikły promień bledniejącéj tęczy;
Oko tak dziwnym blaskiem mu jaśniało,
Ze i więzienie widniejszém się zdało:
Ą przeciéż żaden żal, ni jęk bolesny,
Żadne szemranie na ten zgon przedwczesny.
Wspominał przeszłość, nadzieją pocieszał,
Lecz na to tylko, by ją we mnie wskrzeszał;
Milczałem bowiem, myśląc o mym losie,
O tym ostatnim i najsroższym ciosie!
I wkrótce zaczął tłumić swe westchnienia
Ostatnie schnącéj piersi wysilenia,
I oddech jego coraz rzadszym bywał,
I coraz ciszéj, ciszéj się odzywał;
Wytężam ucho — ale nadaremnie,
Wołam na niego — przestrach dziczał we mnie.
Zdawnam ja, zdawna śmierć jego przezierał,
Lecz znieść nie mogłem, aby już umierał.