Strona:Jerzy Lord Byron - Poemata.djvu/451

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


XXIII.

Jak kiedy tłuszczą pędzące gromadną,
Wilki groźnego bawołu opadną,
Ryczy z wściekłości, wzrok ognisty toczy,
Ostrzem je racic bije, krwawi, tłoczy,
Największe śmiałki drażniące go zblizka,
Chwyta za rogi i o skały ciska:
Tak ku téj twierdzy muzułmanie biegli,
Niejedne piersi pancerzem okryte,
Tak się roztrzasły jakby szkło rozbite,
Kule, które ich na ziemię waliły,
Jeszcze tę ziemię po ich zgonie ryły.
Rzędem ich trupy widziano leżące,
Jak traw pokosy na ściętéj już łące.

XXIV.

Jak gdy wiosenny potok w skałę bije,
I silnym prądem twardy spód jéj ryje,
Walą się w nurty wód potężne łomy,
Grzmiące i pianą zbielone ogromy,
Podobne do téj śnieżystéj ławicy,
Co na alpejskie zwala się doliny:
Tak ciągle do niéj szturmując gwałtownie,
Turcy nakoniec już wstrzęśli warownię,
A jéj obrońcy upadali z znoju,
Parci potęgą przemożnego boju.
Na trud, na przemoc i na śmierć wytrwali,
Stojąc jak skały, masami padali;
Noga się z nogą, dłoń z dłonią ścierała,
I wśród téj wrzawy — sama śmierć milczała.
Cały war bitwy tak rozgłośny, dziki,
Krzyki o życie i zwycięskie krzyki,
Z hukiem dział grzmiących w jeden ryk się zlały,
Z drżeniem dalekie miasta go słuchały,
Nie wiedząc, komu losy się przeważą,
Czy im się cieszyć, czy téż płakać każą.