Strona:Jerzy Lord Byron - Poemata.djvu/448

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Dziwna rzecz! ręka ściska go tak droga,
A krew mu w żyłach nagła ścina trwoga,
Te długie palce i tak wątłe, białe,
Życie w nim prawie wymroziły całe.
Skroń mu febrycznym już nie płonie żarem,
Serce wciąż większym opada ciężarem.
W miarę jak patrzy w jéj rysy mu znane...
Jakże straszliwą spostrzega w nich zmianę!
Piękna — lecz piękność ta w zwiędłości znika.
Żadnego duszy nie widać promyka,
Co tak gra każdą twarzą, piękną, młodą,
Jak dzień słoneczny iskrzącą się wodą.
Wyraz jéj zimny, postać jak grobowa,
Usta bez ruchu, bez oddechu słowa,
Pierś się nie wznosi skrytym uczuć bojem,
I krew w jéj żyłach skrzepłym zda się zdrojem.
Z stęgłych już powiek lśniącém błyszczy okiem,
Ale z tak dzikim i niezmiennym wzrokiem,
Z jakim marzący ciężko i boleśnie,
Idzie lunatyk obłąkany we śnie,
Lub jak ta postać z goblinu patrząca,
Którą wiatr rusza, a lampa gasnąca
Cmiąco objaśnia — postać przeraźliwa.
Bez iskry życia, a przecież jak żywa,[1]
Co zda się wryte oko gniewem mroczyć,
Z ocienionego muru ku nam kroczyć.
I w miarę jak nią rzuca wiatrów wianie,
Lub się przybliża lub cofa ku ścianie.
„Jeźli dla siebie zbyt wiele wymagam,
W imię więc Boga raz cię jeszcze błagam,
Zedrzyj ten turban z twéj niewiernéj skroni,
I przysiąż twojéj nie obracać broni
Przeciw ojczyźnie — gdyż z grzechy takiemi
Zginiesz — nie ujrzysz — nie mówię téj ziemi
(Gdyż z ziemią tobie już się rozstać trzeba,)
Ale nie ujrzysz nigdy mnie, ni nieba,
Jeźli usłuchasz Anny twojéj głosu,
Choć już ciężkiego nie unikniesz losu,
Niebo pół twojéj zbrodni ci przebaczy,
I może kiedyś zlitować się raczy.
Chwilę masz jeszcze, by ten grom odwrócić,
Który na swego zdrajcę Bóg ma rzucić,

  1. W czasie lata 1803 roku Byron, mający rok szesnasty, codziennie wracał z Annesley do Newstead na noc i żadną prośbą wstrzymać się nie dawał. Utrzymywał on, że widok portretów familijnych, dawnych właścicieli Annesley, zawsze go strachu nabawia, z powodu pojedynku jednego z przodków jego, z członkiem téj rodziny. Moore mniema, że wiersz ten Byrona jest tylko odbiciem wrażenia ówczesnego.