Strona:Jerzy Lord Byron - Poemata.djvu/437

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Choć przez lat tyle o jéj rękę prosił
I jeszcze imię chrześcijańskie nosił.
Niegdyś z szczęśliwszą dni weselszych wiosną
Nie jak dziś, zbrodnią obarczony sprosną,
W lśniących on salach lub téż lotnéj nawie
W zapust weneckich tak rozgłośnéj wrzawie
Jaśniał nad wszystkich — a w nocach miesięcznych
Tak w serenadach smętnych, słodko-dźwięcznych,
Grał jéj i nucił swe miłośne żale,
Że nigdy morskie Wenecyi fale,
Żadne dziewice w całéj Włoch przestrzeni
Tak wzruszających nie słyszały pieni.

VIII.

Wszyscy jéj serce za podbite mieli,
Nikt jéj nie zajął z śród tylu czcicieli,
Nikt ręki Anny nie mógł zyskać w darze,
Aby przed święte powiódł ją ołtarze.
Zważano nawet, że gdy Alp odpłynął,
I gdzieś do brzegów pogańskich zawinął,
Zwykły jéj uśmiech z ust jéj znikł niezwrotnie
Zbladła i często dumała samotnie.
Częściéj ją wpośród świątyń spotykano,
Rzadziéj na ucztach, na balach widziano,
W których spuszczała oczy obojętne,
Nowym już swoim zdobyczom niechętne.
Zimném na wszystko było oko Anny;
Ubiór jéj nawet bywał mniéj staranny,
Śpiew jéj utracił wiele ognia, siły,
Stopy, choć lekkie, lecz mniéj lotne były
W tych tańcach, które choć do ranka trwały,
Weselszym parom zbyt krótkie się zdały.

IX.

Gdy Sobieskiego potężna prawica
Pod Wiedniem hardość łamała księżyca,
A z greckich karków zastępy weneckie
Zwycięsko jarzmo zrzuciły tureckie,