Strona:Jerzy Byron-powieści poetyckie.pdf/68

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Chcą z barką swoją w cieniach się przewinąć
I brzeg niepewny zdaleka ominąć.
Choć im trud dzienny osłabił ramiona,

175 
Choć rybim łowem barka przeciążona,

Silnie wiosłują, rudel krzywią w stronę,
Aż dopłynęli do Porto-Leone,[1]
Gdzie ich noc czeka, noc prawdziwie godna
Kraju wschodniego, cicha i pogodna.


180 
Kto tam grzmi konno po skalistej drodze?

Wygięty naprzód, na wiatr puścił wodze.
Kopyt tętenty, jak grzmoty po grzmotach,
Wciąż budzą echa drzemiące po grotach.
Koń jak kruk czarny, a na bokach piana,

185 
Jak gdyby świeżo z morza zszumowana.

Wieczór już uśpił fale morskich toni,
Ale nie serce tej dzikiej pogoni.
Groźnie na jutro niebo się zachmurza,
Ale groźniejsza w sercu Giaura burza.

190 
Nie znam cię, rodu twego nienawidzę:[2]

Ale w twych licach takie rysy widzę,
Które w pamięci kiedy się raz wrażą,
Z czasem się głębiej werżną, lecz nie zmażą.
Tyś młody, blady, lecz namiętne bole

195 
Gorzały długo na tem smagłem czole!

Złe oko twoje, choć mię nie urzekło,
Choć jak meteor błysnąwszy uciekło;
Zgadłem, że Turek takiego człowieka
Powinien zabić — lub niech sam ucieka.

  1. w. 177. Porto Leone — dawniejszy Pireus, port Aten.
  2. w. 190. Nie znam cię itd. — Trzeba tu przypuścić, że od w. 180 opowiada przebieg wypadków aż do utopienia Leili rybak, który schronił się przed pościgiem łodzi pirackiej do portu Pireus. Rybak ten jest muzułmaninem.