Strona:Jerzy Bandrowski - Sosenka z wydm.djvu/38

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


śmierć i życie, bo nie masz do wyboru nic innego.
Krauze nie żeglował po tak dzikich morzach. Sługiwał przeważnie na statkach, krążących między Europą a Ameryką, którą uwielbiał, podziwiał jej drapacze chmur i jej kulturę. Wogóle był człowiekiem zasad, poważnym i kulturalnym.
— Co za porządek! — zachwycał się. — Jedziesz jednym stanem, nie widzisz nic, prócz kwiatów, jedziesz drugim stanem — tytoń i tytoń, trzeci, czwarty stan — pszenica albo żyto, potem znowu — kartofle. Potem znowu nic, tylko bydło. To — rozumiem. Człowiek przynajmniej wie, czego się trzymać, nie potrzebuje być ministrem rolnictwa na swoich czterech morgach piasku. Żadnych fantazyj, żadnych eksperymentów. Urodziłeś się wśród bydła, żyj w stanie bydlęcym, a będzie ci dobrze. Urodziłeś się w kartoflach, siedź w kartoflach. My, Niemcy, dużo zrobiliśmy na świecie dla porządku, ale takiej kultury jak w Ameryce nigdzie nie widziałem.
Na „Gwieździe“ służył dlatego, że jako marynarz stary i chory, lepszego miejsca znaleźć nic mógł. Dlatego też pozostał na pokładzie mimo niepewnego losu statku, bo bądź co bądź miał na nim swój kąt i opiekę zacnego Alberta Lizakowskiego.