Strona:Jerzy Bandrowski - Sosenka z wydm.djvu/377

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nie chciały się giąć same. Dlatego wiatr je łamał. Ale nasza Sosenka, czystego i pokornego serca, szła niby zawsze za wiatrem, robiąc rzekomo, co on każe, i wiatr sobie przechodził, przemijał, a ona znowu prostowała się, cała i nietknięta. Żyjąc zaś nad morzem, pokochała je, i skutkiem tego poznała i odgadła wszystkie jego piękności — i dobrze się jej żyło. Jak wiadomo, drzewa kochają bardzo niebo, a przecież morze nie jest niczem innem, jak tylko nieba odbiciem. Podziwiając zmienność barw morza, ich płynną świetlistość, ich ognie, Sosenka tem samem podziwiała blask zorzy wschodzącego słońca, łunę zachodu, szafir nieba, posępną czerń osnutych kirem chmur, to znowu groźny spiż pawęży nadciągającej burzy, w blachy gromowe i łyskania zakutej. Wszakże samo morze rwało się do nieba, bo kiedy chmury nisko nad niem zwisały — ono zarzucało na nie tęczę. A może to było przeciwnie? Może niebo właśnie tęczowe liny rzucało morzu, aby je powznieść? Powiedzieliśmy, że morze jest odbiciem nieba, gdy przeciwnie rybacy twierdzą, iż niebo jest zwierciadłem morza, po ciągu i zachowaniu się ptaków miarkując, co się dzieje w głębinach morskich. Zresztą któż tu kiedy prawdy dociecze!...
Lubiła Sosenka patrzeć na życie na morzu, na huśtające się na falach czarne łodzie rybac-