Strona:Jerzy Bandrowski - Sosenka z wydm.djvu/375

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Refleksja refleksją, ale ten lilipusi naradek rybi był nadzwyczaj sympatyczny, nabożny i miał też jeden bardzo piękny obyczaj.
Oto gdy słońce wschodziło, a pierwsze jego promienie muskały powierzchnię morza, cały ten przemnogi lud rybek, zwany „tobijaszkami“, zrywał się ze swej pościeli i wybiegał poigrać trochę z falami i nacieszyć się pierwszemi blaskami słońca. Te pierwsze, najświeższe, najczystsze promienie słoneczne, zaledwie ślizgające się po falach, stanowiły najwyższą rozkosz i upojenie tobijaszków, które w subtelności swej spijały tylko samą śmietankę słoneczną, samą różową piankę wschodzącego dnia, znikając i zarywając się w dno, jak tylko „sloneczko“ podniosła się wyżej, a tężejące promienie jego zmieniały się w dotkliwie palące, proste, złote druty.
Rano musiał wstać, kto chciał mieć choćby wiaderka tych rybek, małych, lecz ucz których niemożliwy był wszelki połów na haczyki. One zaś raczyły bawić na powierzchni morza nie dłużej niż kwadrans; więc kto chciał mieć bańtki, musiał się naprzód o wschodzie słońca małym tobijaszkom przymilić.
Tak to od tych malusieńkich, metalicznie zielonych rybek zależały wielkie połowy i chleb ogromnych, silnych mężczyzn, ich żon i dzieci.