Strona:Jerzy Bandrowski - Sosenka z wydm.djvu/367

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


szlachcic, mój bracie! Taki sam, jak i ja. Pokłonię się i powiem: — Nie wiecie nawet, głazy i góry, że macie brata, który równy jest nam łososiom, a tylko mądrzejszy od nas. Pływa, jak ryba, a myśli mocno, jak głaz. O, jak ja się cieszę! I tak się im od ciebie ukłonię.
Tu łosoś zaczął swego przyjaciela obtańcowywać, a potem krzyknąwszy: — O, jak mi się strasznie chce jeść! — skoczył, połknął jednego z podejrzanych śledzików — i zawisł.
Z początku mocował się z tą jakąś dziwną siłą, która go trzymała na uwięzi, potem osłabł i od czasu do czasu charczał tylko: — Hak wnętrzności mi szarpie. Straszny ból... Dławię się...
Kamień milczał. Cóż miał zrobić?
Przepysznie gorejące słońce zaszło, nastała noc, wzeszedł księżyc. Od jego promieni woda morska stała się zupełnie przezroczysta, widać było wszystko, co się na powierzchni morza dzieje. W niezbyt dalekiem sąsiedztwie kilka nowych łososi trzepotało się w wodzie, ruszyć z miejsca nie mogąc.
— Któż wie, jaki los je czeka! — pocieszał się Kamień Podróżnik. — Człowiek ryby zabiera, ale nikomu niewiadomo, co z niemi robi.
Nie musi to być zaraz koniecznie to najgorsze — tak się pocieszał.
Ale koło północy wychynął z morza płaski łeb foki.