Strona:Jerzy Bandrowski - Sosenka z wydm.djvu/366

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Nic mi po brudnych wodach tających śniegów! — z żalem mówił łosoś. — Ja pragnę wody czystej, źródlanej, słodkiej.
Tymczasem jednak pragnął czasami przegryźć sobie dyndającym na haczyku śledzikiem. Trudno się dziwić, bywał nieraz porządnie głodny, a głód nie daje sił do skakania wgórę siklaw.
Kamień Podróżnik niejednokrotnie odwodził go od tego zamiaru, bo tym śledzikom nie ufał. Łosoś też zbytnio się nie kwapił, nie dowierzając rybom, które tak długi czas potrafią „pływać“ w jednem i tem samem miejscu.
Pewnego wieczora przybiegł do kamienia z radosną wieścią:
— Wkrótce już wyruszamy! Pójdziemy do Raju! Pójdziemy wgórę rzek, coraz wyżej i wyżej, przeciw wszystkim wodom całego lądu! Roztrącimy je naszemi mocnemi piersiami i zdobędziemy góry, my, ryby morskie! Boże, jakiż ja jestem szczęśliwy, że jestem łososiem, a nie orłem! Jako łosoś jestem panem dna morskiego i szczytów górskich! Orzeł siada na szczytach gór, ale czyż potrafi łowić v toniach morskich? O. ty mój śliczny!
Tu łosoś otarł się kilka razy pieszczotliwie o głaz, a potem rzekł:
— Jak będę w górach, pokłonię się wszystkim głazom od Kamienia Podróżnika, czerwonego z błękitną i srebrną krwią. Stary z ciebie