Strona:Jerzy Bandrowski - Sosenka z wydm.djvu/365

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i wodospady, wgórę aż tam, gdzie się spełni, co ma być spełnione, w zimnych, spienionych, dzwoniących rozgłośnie, zuchwałych strumieniach górskich, wśród twardych skał i szumiących cicho ciemnozielonych świerków o pniach miedzianych.
— Ja tam nigdy nie byłem! — mówił. — Ale ojce mi powiadali, że tam jest nasz Raj i opowiadali, jak tam pięknie. Dlatego każdy z nas marzy o górach. Tam woda czysta, a my potrzebujemy czystości. Nie jesteśmy gadami jak węgorze, jesteśmy rycerzami morza, zbroje mamy srebrne. Tam woda słodka, a tu wszystko takie słone! Tyś z pochodzenia góral, wszak prawda? Góry znasz! Proszę, bądź łaskaw, zechciej mi coś o nich opowiedzieć.
I tańczył dokoła głazu i kłaniał mu się tak pięknie, jak to tylko szlachetne łososie umieją, i błyskał mu w oczy zbroją rycerską i prawił różne dusery i komplimenty, aż wreszcie głaz, rozbrojony tem wszystkiem, zaczynał opowiadać o Utklippan, o akademji filozofów na jego Wierzchołku, o starych przemądrzałych ciotkach, stetryczałych, wiecznie plotkujących sosnach.
— A strumienie na tym twoim Utklippanie są?
— Nie! — odpowiedział głaz. — Tylko wiosną, gdy śniegi tają...