Strona:Jerzy Bandrowski - Sosenka z wydm.djvu/358

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


spodu statku, który, wjechawszy na mieliznę, tkwił w niej zapomniany, pilnowany przez dwóch tylko marynarzy, którzy w nim mieszkali o głodzie i chłodzie, patrząc, jak dokoła nich krążyły baty i kutry rybackie pełne ludzi, radujących się dobremi połowami, owiane chmurami mew, gdy na burcie zapomnianego i ogłodzonego statku ani jeden ptak nie usiadł. Zdarzyło się raz w czas burzy, że piorun uderzył w statek węglowy i statek w tej chwili stanął w płomieniach. Szybko podbiegły ku niemu głośno i energicznie trajkocące kutry rybaków, którzy uratowali załogę, ale statek płonął przez dzień cały i całą noc, póki wreszcie nie pogrążył się w wodzie i nie poszedł na dno, wyrzuciwszy w niebo ogromny słup syczącej pary.
Cieszył się Kamień Podróżnik, gdy się czasem w wędrówce swej spotkał z drugim kamieniem. Zdarzało się to i rzadko wprawdzie, ale przecie od czasu do czasu miał sposobność uderzyć czołem o czoło brata, bo tak się witali. Byli to przeważnie jego bracia, pochodzący z tych samych stron, co i on — szwedzcy emigranci. Niektórzy bardzo długo już czekali na sposobność puszczenia się w dalszą podróż, niewiadomo dlaczego — wciąż nadaremnie. Rozmawiał z nimi, opowiadali wzajem przygody, obiecywali podróżować razem, ale zawsze tak się jakoś zdarzało, że gdy Ka-