Strona:Jerzy Bandrowski - Sosenka z wydm.djvu/354

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i z ogromnym żarłocznym pyskiem. W pysku tym tkwił mu do pół ciała, głową naprzód, drugi pomuchel, którego pierwszy widocznie chciał pożreć. Ale tak głęboko wciągnął rybę w paszczę, że teraz nie mógł jej zawrzeć. I tak konał z głodu, z rybą w zębach.
Kiedy indziej znów kamień wpadł na całą ławicę podwojów, małych szarych raczków. W środku ławicy leżał ogromny ich ruszający się pagór. Gdy kamień zbliżył się ku niemu, ujrzał z przerażeniem zwłoki ludzkie, toczone przez te raczki, obrzydliwe i znienawidzone przez rybaków, ale które dno morskie utrzymują w porządku i czystości, sprzątając z niego wszelką padlinę, jakaby wody morza zatruć mogła. Kiedy później znalazł po drodze szkielet, wiedział, kto go oczyścił.
To znów był świadkiem takiej sceny.
Do ryby, prawdopodobnie chorej, przyczepiły się minogi. Wessawszy się smoczkowatemi pyszczkami w jej ciało, wisiały tak u jej boków. Ryba pływała, a długie minogi ciągnęły się za nią, jak warkocz, tak że ryba była niby kometa.
Nieraz wpadał Kamień Podróżnik w ławice śledzików albo szprotów, tak gęste, że go czasem niosły. Zwinne małe rybki ciągnęły wesoło, śmiejąc się, żartując, chichocząc, bez względu na to, że wżerały się w nie foki i morszwiny, a z góry szarpały mewy. Łoso-