Strona:Jerzy Bandrowski - Sosenka z wydm.djvu/353

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


szum. Miało się wrażenie, że te masy wód uciekają, przerażone czemś, co nadchodzi z północy. Było to tak straszne, że głaz sam się zląkł i także postanowił zmykać. Ciężko mu było, ale zbudziwszy w sobie wolę, tak się zwolna rozhuśtał, iż podskoczył, i przebiegłszy szur, zaczął po drugiej stronie biec pod górę ku zweli. Często przystawał, ale im wyżej się wdrapywał, tem zwinniej, a gdy się tam dostał, popędził przed siebie jak opętany.
Na morzu szalał orkan północny, który wstrząsał wodami aż do dna. Tej nocy na całem wybrzeżu Bałtyku, w Szwecji, w Finlandji, w Estonji, Łotwie i Polsce, w nadbrzeżnych wioskach rybackich nikt nie spał. Wszędzie palono światła, ludzie niespokojni i strwożeni odwiedzali się wzajemnie, pytając, czy się przypadkiem co złego nie stało, czy kto o czem nie słyszał. Całą noc słychać było trzask gwałtownie zamykanych drzwi i głuche dudnienie ciężkich drewnianych korków po zmarzniętym piasku.
Długo tak wędrował Kamień Podróżnik i tyle miał przygód, że ich tu wszystkich wyliczyć niesposób. Tracił na wadze wciąż, pływał doskonale i zżył się z morzem i jego cudami.
Ale czasem zdarzały się rzeczy okropne. Oto raz ujrzał dużego pomuchla, srebrnego, z białym brzuchem, wielką głową