Strona:Jerzy Bandrowski - Sosenka z wydm.djvu/344

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nim, jakgdyby chciały go złapać, ale on nie dbał o nic i coraz to większemi skokami sadził wdół, aż wreszcie, odbiwszy się mocno, skoczył w morze.
Ocknął się z nadzwyczaj miłem wrażeniem. Leżał miękko w czystym, białym piasku morskim, a dokoła niego przepływały pieszczotliwie gładzące go i wciąż ruchome fale jakiej zielonawo słonecznej wieczności. Było zupełnie cicho, nie słyszało się nic i nie widziało się nic, odczuwało się tylko tę wciąż głaszczącą, dobrotliwą i miękką pieszczotę — jak gdyby ciepłych, delikatnych rąk.
Tak myślałby każdy, kąpiąc się pierwszy raz w życiu, a takich ludzi jest na świecie bardzo wielu, więc niema się czemu dziwić.
Leżąc na dnie morskiem, kamień przedewszystkiem płókał się, kąpał, mył i rozmyślał, Ponad nim ciekły fale — lata, czy dziesiątki lat — niewiadomo. Morze ma czas. Bywało, że fale te były tylko winno-żółtawe, bywało też, że promienie słońca załamywały się w nich w siedem kolorów tęczy, tak iż jedna ryba w tej samej ławicy była pomarańczowa, druga fioletowa, trzecia szkarłatna, czwarta niebieska, a inne znów zielone — i tak leciały przez wodę rybki, świecące metalicznie różnemi barwami, niby kolibry.
Spokojne i bezczynne przebywanie na dnie morza dało kamieniowi w zysku, prócz oczy-