Strona:Jerzy Bandrowski - Sosenka z wydm.djvu/340

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


miejsc, gdzie na nie czekają uczty obfite; on, ruchliwy, zmienny, łaskawy i niszczycielski zarazem, groźny jak prawo a dobry jak uśmiech, on jedyny jest rzeczywistością. Zmienia się! Tak! Ma słuszność. Wszystko się zmienia i zmieniać się musi, bo inaczej nie byłoby życia. Ale on jeden jedyny zmienia się najprędzej. A te błazny na lądzie lekceważą sobie wiatr, którego słuchają tylko dymy z ich brudnych kominów. Nie wiedzą, że wiatr machnie ręką od Atlantyku i rzuci im na głowy deszcze lub upały Ameryki Środkowej, machnie drugą ręką i obsypie ich śniegiem dalekich stepów, odwróci się do nich twarzą, dmuchnie z południa — haj! haj! Oni myślą, że im słońce z Sahary przypędzi, a tymczasem on śmieje się zimno, odwróci się do nich tyłem i — pełno ryb w morzu, jest co jeść. Jeść! Jeść! Jeść! Oni myślą, że kto idzie z wiatrem, nie ma charakteru. He! he! Trzeba mieć wielki charakter i wielką siłę, wielką zwrotność w sobie i trzeba przytem być bardzo lekkim, aby móc iść z wiatrem. To dopiero — charakter! Zresztą — co nas to wszystko obchodzi! Jedziemy dalej!
Tu ptak, złożywszy głazom swój bilet wizytowy, zrywał się i leciał dalej, wołając:
— Jeść! Jeść! Jeść!
Ale najwięcej opowiadały wiatry, które stale krążyły dakota wierzchołka wyspy.