Strona:Jerzy Bandrowski - Sosenka z wydm.djvu/339

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


mu, że patrzy tylko, z której strony wiatr wieje. Że ludzie są głupi i śmieszni, to całemu światu wiadomo. Przecież wiatr jest tchnieniem bożem, którego przedewszystkiem trzymać się należy. Wiatr tworzy gościńce W powietrzu i na morzu. My wiemy dobrze, że gdy jest narda — musimy lecieć z nią ku południowi, bo ona wyorywa w morzu rzeki, które niosą rybę. Wiemy dzięki temu, gdzie jej szukać, a równocześnie narda niesie nas i skrzydła nasze się nie męczą. To jest znakomite urządzenie. Tylko Bóg mógł coś podobnego wymyślić, bo wyobrażcie sobie, coby było, gdyby nie było wiatru? Siadłbym na powietrze i leciałbym. Dokąd? Niewiadomo. Leciałbym i leciał i zaleciałbym wreszcie na ląd, gdzie żadnej ryby niema, chyba w stawach. A ja w takich maleńkich wodach szukać nie umiem! Raz mi się to zdarzyło. Zapędziłem się za daleko i musiałem porwać kurę. Fuj, cóż to za obrzydlistwo! Pióra, Pierze, krew gorąca — ohyda! Jakże to można porównać z młodym łososikiem albo z soczystą smakowitą fląderką! Oto co się dzieje, gdy niema wiatru! Ładniebyśmy bez niego Wszyscy wyglądali! Wiatr — to król, pan świata! On śmiga po morzu ławicami śledzi i szprotów, on sprowadza razem łososie, on chroni swym gwałtownie falującym płaszczem węgorze, on nosi ptaki i otwiera im drogi do