Strona:Jerzy Bandrowski - Sosenka z wydm.djvu/253

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


a ptactwo, mieszkające stale na zatoce, w dalsze strony nigdy się nie zapuszczało. Jest to właściwością wszelkiego mieszkającego tam stworzenia, nie wyjmując człowieka. Rybak, o ile nie jest dla zarobku okrętnikiem lub żołnierzem, półwyspu swego nie opuszcza latami i nawet na myśl mu nie przychodzi, że mógłby z pożytkiem dla siebie zwiedzić choć część lądu czyli, jak on to nazywa, „kraju“. Wystarcza mu jego wyspa, Mulmjerz i Bałtyk.
Gdy Mjewa powróciła z niczem, stary Wiking ofuknął ją gniewnie:
— Gęsi wy jesteście, a nie mewy! — rzekł jej. — Po sadzawkach wam pływać, nie na morzu żyć!
Pomilczał chwilę, a potem spytał:
— Nie widziałaś gdzie szpaków?
— Szpaki? Szpaki są. Całe chmary szpaków latają między wędzarniami, nad zatoką, gadając bezustannie. Ale to ptaki zarozumiałe, głupie, żarłoczne — i zresztą cóż one mogą wiedzieć? Nikt z niemi nie utrzymuje stosunków...
— Idź zapytać się szpaków! — przerwał jej orzeł.
Niełatwo było czegoś się od tych małych ptaszków dowiedzieć. Powiedzmy, że i Miewa niezbyt właściwie się wobec nich zachowała. Traktowała je wyniośle, nazywając je knopsiami i lorbasami, coby po naszemu zna-