Strona:Jerzy Bandrowski - Sosenka z wydm.djvu/248

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


A krople z piersi sączyły się wciąż...
Tego dnia Mjewa przeniosła się na Uswin, gdzie stale już przebywała, chroniąc się w gąszczu drzew. Było tam bezpiecznie, bo oddawna już na Uswin nie przychodził nikt, jako ze sprawy żadnej tam nie miał To też orzeł spokojnie mógł tam przebywać i leczyć swą ciężką ranę.
Był markotny, zły i rozkapryszony. Rwał się wciąż na południe, musiał odlecieć lub zginąć.
Przeleciały nad półwyspem dzikie gęsi, krzyżówki i cyranki leciały z szumem skrzydeł w raz z niemi dzikie gołębie, ptactwo rozmaite ciągnęło z północy — a orzeł chorzał i chorzał.
Mimo to w opuszczeniu swem i w biedzie był piękny tak, że Mjewa uważała go za najpiękniejszy twór świata. Zapomniała dla niego w swych siostrach, o swych szaleństwach, nawet o swej latarni morskiej. Nie widywano je już ani na Mulmjerzu, ani w zatoce, ani nad falami Bałtyku. Zrzadka tylko migała nad wodą wśród chmur, aby porwać rybę, którą zanosiła swemu ukochanemu panu — królowi.
Nigdy nie była tak szczęśliwa. Całe dnie spędzała w żywicznym aromacie sosen, wśród których krył się pan jej serca — orzeł. Gdy