Strona:Jerzy Bandrowski - Sosenka z wydm.djvu/247

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Tu nurek nurknął, dobrze się w wodzie skąpał, głowę z niej wreszcie wychylił i powtórzył:
— Ja pani wcale nie rozumiem!
— Zakochałam się w królu, powtarzam panu!
— W jakim królu?
— W orle, który beze mnie żyć nie może.
Nurek pokiwał głową i powiedział:
— To być nie może! Robi pani głupstwo!
Nigdy orzeł się z Mjewą nie ożeni!
— Tak pan mówisz? To wszystko zależy od tego, jaka jest mewa. Zobaczymy! Za późno teraz o tem z panem szczegółowo mówić. Słońce zachodzi, a do domu mam daleko. W każdym razie miło mi było z panem chwileczkę pogawędzić, a teraz — dowidzenia szanownemu panu!
To rzekłszy wzbiła się w powietrze i poleciała, myśląc o tem, jak głupie są stworzenia nurkujące, które wciąż żyją w wodzie, gdy ona żyje w powietrzu, a na wodzie tylko siada.
Tymczasem orzeł słabł coraz wiecej. Ale nie krzyczał. Wbił tylko szpony w gałąź sosny, przyległ do jej pnia, i drżąc z gorączki w zimnem tchnieniu wieczornej briży, Wiking stary myślał, iż koniec nadchodzi.
Nie straszno mu było... Bo słyszał szum sosen i pieśni fal. To przecie jego ojczyzna.