Strona:Jerzy Bandrowski - Sosenka z wydm.djvu/243

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dłem — jak kiedyś szlachcic polski, gdy odrzucał wyloty kontusza.
W tej to orlej żałobie zakochała się Mjewa.
Widywała łabędzie, widywała wielkie statki, widywała rybaków, zmagających się z sejcami na czarnych, tańczących łodziach. Widziała swe trzy białe siostry, kołyszące się martwo na modro-różowej wodzie, do białych zwiędłych kwiatów podobne. Widywała nieraz kształt, wychylający się do połowy z wody i skaczący po niej potwornem, ropuszem kołysaniem się. Widziała masowe rzezie fok, i w pamięci jej były wszystkie głosy umierających. Ale nigdy jeszcze nie widziała takiego majestatu bólu.
Z lasu wybiegł lis. Powąchał powietrze i złodziejskim truchcikiem podbiegł ku martwej królowej powietrza. Mjewy się nie bał, ale przezornie przyjrzał się staremu Wikingowi. Widząc, że orzeł ledwie siedzi na gałęzi, wyszczerzył w uśmiechu zęby, i chwyciwszy za skrzydła stygnące już zwłoki jego małżonki, szybko powlókł je w gąszcz.
Orzeł krzyknął, ale ruszyć się nie mógł. Zostało tedy — co zostało po dumnej pani przestworza, małżonce potężnego Wikinga?
Ślad na piasku, a w gąszczu leśnym garść pierza i białe kosteczki.
Z orłem było źle. Wyczerpany burzą i lotem dalekim nie miał sił, aby przelecieć nad