Strona:Jerzy Bandrowski - Sosenka z wydm.djvu/242

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


jego krzyczała — była osłabiona, również zbroczona krwią, goniąca resztką sił. Chciała usiąść na gałęzi obok swego małżonka, ale nie mogła. Nie miała już sił w szponach, więc zrywała się wciąż do lotu i tłukła się między drzewami tak długo, aż wreszcie padła i oczy zaszły jej mgłą.
Orzeł siedział na gałęzi drzewa, kurczowo się jej szponami trzymając. Widział konanie żony, towarzyszki w lotach wspaniałych, zdaleka wdal. Wraz z jej życiem skonało dla niego mnóstwo wspomnień z tych wielkich rajdów, które odbywali wspólnie, rozkoszne jazdy na ciepłych, szybko mknących prądach powietrznych, słoneczne, słodkie oślepienie, walki z burzami, noclegi na nieznanych wyspach, bój o krew i mięso, i zawsze, zawsze zwycięstwo, pomimo ran, odniesionych w powietrzu, skąd już spada się tylko w morze. Bojową duszę miała orlica i pomagała mu nietylko krzykiem, lecz całą swoją siłą, bijąc dziobem na prawo i na lewo. Wreszcie zginęła, rozbiwszy się o pnie sosnowe.
Orzeł jest sam, sznur korali na piersiach wydłuża mu się coraz bardziej. Już niektóre koraliki padają na mech i na piasek. Ale nie mówi nic. Ostatnie słabnące już wołania jego żony cichną, ciało drga. Orzeł hardo wzniósł głowę, i choć cały zastygł w smętku i bólu, ani nie drgnie. Czasem tylko załopoce skrzy-