Strona:Jerzy Bandrowski - Sosenka z wydm.djvu/241

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


burz, wysłuchała obojętnie setki wyjących hymnów wichrowych i przywykła z góry patrzeć na fale.
— Ekscentryczna stara panna!! — mówiono o niej na półwyspie i na obu morzach.
— To od tego iwru po śmierci sióstr.
— Ekscentryczna panna, ale nie stara!
— Istotnie, nie stara, ale niesłychanie egzaltowana. Śmierć — zwyczajna to rzecz! Siostry zginęły, a ona tylko komedje wyprawia.
Mjewa nie wiedziała, że taką ma opinję, przeciwnie, uważała się za zupełnie zdrową i zrównoważoną. Czasem wprawdzie dusza się w niej do czegoś rwała, tęsknota rzucała ją w powietrze i podnosiła pod perliste chmury, płynące przez błękitne przestworze niebios, ale to przecie rzecz na świecie zwykła. Wszystko, wszystko było zupełnie zwykłe, naturalne, codzienne.
Aż raz, gdy Mjewa dumała na gałęzi swej ulubionej sosny na Uswinie, napół widzącemi oczami patrząc na modre lśnienie zatoki słonecznej, zdarzyło się, że zleciały na szczyt góry dwa orły wędrowne — ściśle mówiąc, orzeł z orlicą. Było to właśnie w czasie wiosennego przelotu ptaków. Orły leciały z północy. Orzeł był ranny, z piersi jego sączyła się krew. Ciężko załopotawszy skrzydłami, usiadł na gałęzi sosny, z trudem dysząc. Żona