Strona:Jerzy Bandrowski - Sosenka z wydm.djvu/239

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nem. Z góry tej widać było wiecznie wzburzony Bałtyk, spokojną zatokę, ciągnący się wzdłuż całego półwyspu las niby czarny stos pacierzowy, tu i tam żagle brunatne, pomarańczowe, szare — pręgowate parowce z rozwianemi czarnemi kitami, niewysłowione lśnienie wód, nieba i słońca, zrzadka niby czarne kropki, osamotnione, melancholijne łódki rybaków.
Tu Mjewa najchętniej spędzała chwile swe- go ptasiego zamyślenia.
Świat, który się przed nią rozciągał, był jej doskonale znany. Obleciała niejednokrotnie i wieżę kościoła w Jastarni i wszystkie kominy obu Jastarń. Błąkała się niejednokrotnie między brzozami i sosnami wydmowego lasu, wołała do maszoperyj, idących na jamowanie, gdzie są ryby, znała każdą łaciatą krowę, każdego bronzowego barana, każdą szarą gęś na wybrzeżu - a przecie ten świat, tak dokładnie znany, wydawał się jej nierzeczywistym, obrazem jakby ze snu, czemś, co coś przypomina, ale niczem nie jest. I tu Mjewie zaczynały się marzyć ogromne chóry głosów ptasich, rozbrzmiewających u koron wielkich wysp kamiennych, gdzie czasem niema nocy, gdzie czasem niema dnia, gdzie raz świecą trzy słońca, a kiedy indziej nic, prócz żółtozielonawych błysków — błyskawic, które mają być słońcem.