Strona:Jerzy Bandrowski - Sosenka z wydm.djvu/175

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


biło, a wody zatoki poczerniały. Zresztą wiatru nie było i mróz też nie dokuczał. Taki czas uważany jest przez rybaków za „fajn wiodro“, czyli za piękną pogodę. Ale poczta, który się oddawna już odfeszował, inaczej taką pogodę wyczuwał. Czuł się nią zwykle przygnębiony, bo kochał słońce, niebo pogodne i błękit wód. Dziś jednak nie zwracał większej uwagi na posępny smętek dnia, lecz biegł ku swej wiosce między morzami rozraowany, wiedząc, iż prócz listów świątecznych niesie podarunki przysłane przez letników z kraju. A więc sukienki, tabakę do fajki, bluzki, szale, cukierki i jabłuszka dla dzieci i tym podobne rzeczy.
W mig zwinął się z roznoszeniem poczty, wypił u sołtysa parę kieliszków konjaku, które zagryzł solonym wangorzem, i pełen radości udał się w drogę powrotną. Nietylko spełnił swój obowiązek, ale w ten miły dzień wigilijny sprawił ludziom przyjemność. Nie wiedział wprawdzie, co zawierały przesyłki, miał jednak takie uczucie, jakgdyby pochodziły od niego. I w rzeczywistości do pewnego stopnia tak było, bo co innego podarunek otrzymany w dzień wigilijny, a co innego po świętach.
Gdy tak biegi pogrążony w swych myślach i zadowolony z siebie, zauważył naraz, że z lasu ktoś wyszedł i stanął przed nim na