Strona:Jerzy Bandrowski - Sosenka z wydm.djvu/169

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


mieniącą się, jak zoloj podczas zachodu słońca, włosy miała faliste a różowe, niby piana morska tknięta czerwonemi promieniami zachodzącego słońca. Jeszcze inna śmigała po lesie w sukni ciemnogranatowej, gwiazdami srebrnemi usianej, a oczy miała złote, jak oświetlone okna kabin statków na sztimersztrychu. Tamta znów w sukni bladozielonkawego koloru lodu, u ramion miała skrzydła dzikiego łabędzia, a oczy ciemnoszafirowe jak mroźna, jasna noc zimowa. Były dziewuszki jeszcze inaczej strojne, ale poczta nie spamiętał tego wszystkiego. Wiedział tylko, że biegał za niemi od pnia do pnia, jak dziecko uradowany, aż póki wreszcie na jakiejś polance słonecznej dziewczęta nie wzięły się za ręce, i otoczywszy go kołem, nie zaczęły tańczyć, głośno i pięknie śpiewając. Wówczas Poczta tak się rozczulił tym cudownym widokiem i swem szczęściem, iż ukląkł pośrodku tanecznego koła i rozpłakał się jak dziecko. Przez chwilę widział jeszcze przez łzy jasną polanę i roztańczone, rozśpiewane koło żywych kwiatów, poczem nagle pieśń umilkła. Gdy otarł oczy i otworzył je, nie było już nikogo. Sam klęczał pośrodku polanki, a słońce świeciło mu prosto w twarz.
Nic dziwnego, że młody poczta przez cały dzień chodził jak pijany. Upajało go nietylko wspomnienie tego, co widział, lecz także