Strona:Jerzy Bandrowski - Sosenka z wydm.djvu/164

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nie bał. Był pewny, że nie spotka go nic złego, a gdyby nawet, to wierzył niezłomnie, iż pięknie śpiewające dobre duszki niezawodnie go ocalą. Ale nie stało się nic, ani złego ani dobrego. Uroczysko zmieniło się w zwykły las i nic więcej. Jednakże poczta, choć nieco posmutniał z tego powodu, nie tracił ani wiary, ani nadziei. Przypuszczał, że może uroczysko zostało na jakiś czas opuszczone, był jednak pewien, że prędzej czy później znów ożyje.
Z tą wiarą chodził dzień w dzień do wioski między morzami, nie zwracając nawet uwagi na uroczysko, pewny, że w danym razie ono samo się doń odezwie. Wieczorami zaś czytał przy zakopconej lampie — lampy rybackie są zawsze zepsute i kopcą — czytał namiętnie książki, z łokciami opartemi na stole i z palcami zanurzonemi we włosy.
Przyszła wiosna. Łabędzie odleciały, rybacy ciągnęli na strądzie laskorny i wozili łososie do Gdańska. Inni wyjeżdżali nocą na drewanie. Wieczorami rozbłyskiwały na morzu światła tak liczne, jak na cmentarzu świeczki w Dzień Zaduszny. Ptaki wędrowne gęstemi stadami przeciągały nad półwyspem, dziewczęta, kobiety i starsi rybacy, którzy nie wyjeżdżali już na morze, pracowali w polu, zamieniwszy się w rolników. Już też