Strona:Jerzy Bandrowski - Sosenka z wydm.djvu/154

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


który trwał długo, aż naraz zaczął się załamywać i mieszać. To tu. to tam dzwonił jeszcze wesoły tryl przekornego śmiechu, wkońcu śmiał się już tylko jeden jedyny głos dziewczęcy, a śmiech ten trwał długo, pleniem słowiczem wznosił się coraz wyżej i wyżej, aż zgasł w cichutkim chichocie.
Zapadła w lesie cisza.
Od zatoki wciąż monotonnie dął wiatr, miotający chmury śniegu.
Poczta długo jeszcze stał, czekając, czy cudny śmiech nie odezwie się w borze. Ale w lesie było teraz tak cicho i tak jakoś codziennie, że po pewnej chwili poczta przyszedł do przekonania, iż wszystko to musiało mu się chyba przysłyszeć. Mimo to cudowny śmiech głosów dziewczęcych dzwonił wciąż w jego duszy, tak iż nie spostrzegł nawet, kiedy, machinalnie roznió5tszy listy i odebrawszy korespondencję, znalazł się w drodze powrotnej do wioski.
Nic dziwnego, że resztę dnia chodził jak nieprzytomny, najmniejszej uwagi nie zwracając na swą przełożoną, pannę Anastazję, królowę poczty. Była to dziewucha tęga, olbrzymiego wzrostu, nader silnej budowy i kolosalnego apetytu, córka rybaka i oberżystki, której oberża mieściła się w tym samym budynku co poczta, tak że przez kuchnię obie te