Strona:Jerzy Bandrowski - Sosenka z wydm.djvu/146

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ponieważ, choć żył ich życiem, nie żył ich trudem ani wzruszeniami. On, właściwie z krwi i kości rybak, stał się dla nich obcym i czuł się im obcym, jak tylko został urzędownikiem. Połową duszy wszedł w nowy świat, a połową tkwił w starym. I to męczyło go. Dlatego mimo uciążliwości codziennej dwumilowej przechadzki oddychał swobodniej, gdy znalazł się za wioską, sam, w obliczu zatoki i lasu.
A oto widzi już cel wędrówki — małą, biedną wioszczynę rybacką, wykwitłą z piasku między dwoma morzami, na skrawku lądu, szerokim zaledwie na jakich paręset metrów. Od strony zatoki domy stoją tuż nad wodą, od Bałtyku dzieli wioszczynę niska wydma, porosła kilkunastu karłowatemi sosenkami, wykoszlawionemi przez wichry. Nad zatoką pasie się kilkanaście krów łaciatych i kilka baranów. U wybrzeża kołysze się smętnie łódź samotna. Wiatr rwie z kominów kłęby dymu i zmieszawszy je z śniegiem, rzuca w puste uliczki. Na lewo i na prawo nic, prócz wody.
Teraz poczta zaczyna urzędowanie. Strzepnąwszy ze skorzni i z płaszcza w sionce krupy śnieżne, puka śmiało, uchyla drzwi i podaje, co ma do wręczenia. Przytem dorzuca zwykle jakieś słówko, ważne nietyle przez swą treść, de przez intonację głosu.
— List, Macieju! — mówi, a Maciej wie już, że to nie pozew, nie nakaz płatniczy, nie grzywna czyli, jak ryba-