Strona:Jerzy Bandrowski - Sosenka z wydm.djvu/144

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Adam z kozią bródką pisze do swej żony z Belgji, wiedział jak Szczepan, brekujący w Hamburgu i nie przysyłający rodzinie pieniędzy, w listach wyśmiewa się z żony, wiedział, co chłopcy, służący na polskich statkach wojennych, wypisują, aby wyłudzić od tatka lub neńki pięć czy dziesięć złotych. Zdawało mu się czasami, że ta jego torba pęcznieje życiem, że się w niej twór żywy rusza, że oto z niej ma się wyłonić na świat coś nowego, jasnego i dobrego. A kiedy indziej znowu miał wrażenie, że w niej krzyczą głosy wioski, którą obsługiwał, że każdy jej mieszkaniec zwierza mu się ze swych radości, smutków, zmartwień i nadziei.
Poczta chodził torem kolejowym, bo tak było bliżej. Jako osobę urzędową dróżnicy przepuszczali go bez trudności, zwłaszcza, że o tym czasie pociągi żadne nie chodziły. Zato jednak poczta nigdy nikogo po drodze nie spotykał, że zaś był młody, więc mu się droga w samotności dłużyła, zwłaszcza z początku. Ostatecznie przy pięknej pogodzie przechadzka, choć męcząca, nie była przykra, ale zimą, w czas mroźnych wichrów. zamieci śnieżnych, lub wiosną, gdy wiały zimne wiatry, było poczcie nieraz bardzo ciężko i wtedy srodze na swój los narzekał. Wreszcie przywykł.
Droga szła skrajem lasu, tak że po lewej ręce widziało się wciąż szerokie przestworza