Strona:Jerzy Bandrowski - Siła serca.djvu/132

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.



XI

Nigdy nie jechało się Kasi tak spokojnie, jak z góralami.
Siedziała w wagonie drugiej klasy, który wspólnemi wysiłkami starano się uczynić mieszkalnym. Na ścianach wisiały widokówki, przedstawiające naprzemian góry i piękne, niezawsze skromnie ubrane kobiety. Oficerowie, jadący w tym wagonie, starali się jej wprost nie widzieć. Mały przedział, w którym siedziała, zostawili zupełnie do jej rozporządzenia. Kiedy w pewnej chwili ordynans, stanąwszy w drzwiach jej przedziału z tacą z herbatą i Bóg wie gdzie znalezionemi ciasteczkami, nogą kopnął drzwi, któryś z młodszych oficerów, oburzony, wyrwał mu z rąk tacę i sam Kasi usługiwał.
„Dzicy ludzie”, „zbójniki”, byli nieopisanie delikatni.
Nad ranem obudzili ją i wysadzili na małej stacyjce, gdzie ją oddali w ręce jakiegoś kwatermistrza, czekającego na swój pułk. Był to ułan z wielkiego miasta, elegancki, dobrze wychowany i trochę cyniczny, dowcipkował ze wszystkimi, starając się każdemu zrobić jak najwięcej trudności. Szczególnie nieubłaganie zachowywał się wobec kobiet. Kasi nie widział, ale kiedy o świ-