Strona:Jerzy Andrzejewski - Ciemności kryją ziemię.djvu/80

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Pij — powtórzył kapitan.
Lorenzo zawahał się, usłuchał jednak. Don Rodrigo przyglądał się mu z pochmurną niechęcią.
— Dość — powiedział nagle — upijesz się.
Lorenzo, gwałtownym ruchem odstawiwszy dzban, poderwał się z ławy.
— Dlaczego mnie dręczysz, Rodrigo?
W jego wysokim, łamiącym się głosie zabrzmiały gniew i żal. Don Rodrigo pogardliwie się uśmiechnął.
— Siadaj.
— Co ja ci zrobiłem, Rodrigo? Kochałem cię jak brata.
— Zostaw te dzieciństwa. Usiądź, chcę z tobą poważnie porozmawiać. Podnieś głowę.
— Pozwól mi odejść — szepnął Lorenzo.
— Nie teraz.
Sięgnął po wino i wypił je do dna.
— Posłuchaj, Lorenzo, pomimo młodego wieku spotyka cię szczególnie zaszczytne wyróżnienie, mam nadzieję, że potrafisz je ocenić. Od dzisiaj będziesz każdego dnia osobiście sprawdzał wszystkie posiłki czcigodnego ojca. To jest polecenie jego i moje.
Przez chwilę była cisza.
— Rozumiesz, Lorenzo, o co chodzi? Pierwszym, który dzisiaj rano podjął tę próbę, był tamten człowiek.
— Rodrigo, powiedz...
— Żadnych pytań, Lorenzo!
Odepchnął ramieniem stół i ciężko się podniósł. Jego smagła, pochmurna twarz była nabrzmiała, oczy miał zmącone i nabiegłe krwią.
— Lorenzo, świat jest gnojowiskiem, pojmujesz to? Nie, ty nic jeszcze nie przeżyłeś, nic nie wiesz. Gdziekolwiek się obrócisz, zobaczysz zbrodnię, zdradę, co