Strona:Jerzy Andrzejewski - Ciemności kryją ziemię.djvu/77

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Torquemada pochylił się nad klęczącym.
— Mój synu, moje dziecko... jest w tobie więcej chrześcijańskiej miłości, niż przypuszczasz.
— Czemu więc w siebie zwątpiłem?
— W prawdę zwątpiłeś.
— Ojcze, przysięgam, moja wiara...
— Miłość i prawda nie są jednością?
— Tak, ojcze.
— Myśl więc do końca. Zwątpiłeś w swoje siły? A cóż jest ich źródłem? Miłość służąca prawdzie i z nią jednoznaczna. Jakże więc, wierząc prawdzie, ty, jej nosiciel, możesz wątpić w siebie? Czyż nie ona stanowi niewyczerpane źródło ludzkich sił? Dopiero, kiedy w nią poczyna człowiek wątpić, przychodzi zwątpienie i w siebie.
Fray Diego podniósł głowę, był blady, lecz oczy miał już suche.
— Nie chciałem, ojcze, świadomie kłamać.
— Nie rozmawiałbym z tobą, mój synu, gdybym tego nie wiedział.
— Zbłądziłem, ojcze, lecz wszystko teraz dzięki tobie widzę jasno. Istotnie zło wydało mi się tak wszechpotężne, iż przestałem przez chwilę słyszeć prawdę, przestałem jej ufać. Powiedz mi jednak: dlaczego przenikliwiej niż ja sam potrafisz czytać w moich myślach?
— Mój synu — odpowiedział łagodnie Torquemada — służę prawdzie, tylko prawdzie i z niej czerpię siły. To wszystko.
Przez chwilę było milczenie. Fray Diego pochylił się i gorącymi wargami przywarł do nieruchomo na poręczy krzesła spoczywającej dłoni czcigodnego ojca. Wówczas ten podniósł z powolnym namysłem prawą