Strona:Jerzy Andrzejewski - Ciemności kryją ziemię.djvu/76

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Owszem, możesz to przewidzieć. Zaprowadzą cię nie dalej i nie głębiej, niż potrafi sięgnąć twoja miłość. Będzie ona jednolita i mężna, taką się też stanie twoja nienawiść grzechu. Na kruchą i chwiejną stać cię tylko miłość, nie innymi będą twoje uczucia nienawiści i pogardy. Niestety, mój synu, wielkiej miłości się lękasz. Boisz się jej siły, jej zasięgu, a nade wszystko jej naglących i nieodpartych wymagań. Przed miłością chcesz uciec. Uciekaj zatem. Wracaj do swego klasztoru. Nie będę cię zatrzymywać.
— Zawiodłeś się na mnie, ojcze — szepnął Diego.
Torquemada znów dotknął dłonią jego pochylonej głowy.
— Spójrz mi w oczy.
— Tak, ojcze.
— Obawiam się, mój synu, że to, co ja w swym omylnym sądzie mógłbym ci powiedzieć teraz, kiedyś, już nieomylnie, powie Bóg.
Oczy Diega zaszły łzami.
— Ojcze mój, nie w potęgę miłości wątpię, lecz w swoje siły.
— Naiwny głuptasie! a w co byś wątpił, gdybyś na moje stygnące ciało patrzył w tej chwili?
Diego zadrżał.
— Ojcze, moje intencje nie były czyste.
— A ich następstwa? Czemu według skutków nie mierzysz swoich intencji? Sądzisz, że fakty zawodniejsze są od twoich zmęczonych myśli? Doprawdy, i ja ci to mówię, tylko z wielkiej miłości może się zrodzić tak nagły błysk czujnego pogotowia, jaki tobie był dany.
Łzy spływały po policzkach Diega.
— Ojcze mój, istotnie była to miłość?