Strona:Jerzy Andrzejewski - Ciemności kryją ziemię.djvu/66

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


bratu Diego, po czym odwrócił się i wolno, cokolwiek pochylony w ramionach, odszedł w głąb dziedzińca.

Wczesnym rankiem, prawie o świcie, fray Diego odebrał z rąk klasztornego służki posiłek przeznaczony dla czcigodnego ojca i osobiście zaniósł go do celi.
Padre Torquemada leżał na wąskim łożu, w głębi celi. Nie spał, oczy miał otwarte. Fray Diego postawił na stole cynowy talerz z chlebem i serem, obok kubek oraz dwa dzbany, jeden z wodą, drugi napełniony winem.
— Przyniosłem wam posiłek, czcigodny ojcze — powiedział półgłosem.
Po czym, sądząc, że czcigodny ojciec pragnie zostać sam, chciał się wycofać po cichu z celi. Wtedy tamten powiedział:
— Zostań!
Fray Diego pochylił głowę.
— Tak, ojcze.
— Przybliż się.
Uczynił to.
— Co mówią?
— Kto, ojcze?
— Ludzie.
— Przyjeżdżał marszałek dworu Ich Królewskich Mości...
Torquemada niecierpliwie poruszył ręką.
— Nie o to pytam. Co ludzie mówią? Moi domownicy, bracia.
— Wykonują twoje rozkazy, ojcze.
Torquemada podniósł się i oparł na łokciu. Twarz miał bardzo zmęczoną, szarą, jak po nie przespanej