Strona:Jerzy Andrzejewski - Ciemności kryją ziemię.djvu/52

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Odblask?
— Tym zaś jest pogarda. Miłość, istotnie, pozwala widzieć i ogarnia wielkie cele przeznaczenia, jednak nie przez nią, lecz poprzez surową pogardę możemy owe wielkie cele kształtować.
— Ojcze, gubię się biegnąc za twymi myślami. Mówisz: pogarda. Cóż więc jest pogarda?
— Ziemskie ramię miłości. I pomyśl teraz, jak mocnym i nieugiętym, żarliwym i odważnym musi być to ramię, jeśli w taki sam sposób ma przeorywać ludzkie dusze i umysły, w jaki pługi przeorywają ziemię, aby spulchnić glebę, powyrywać chwasty i przygotować grunt pod zasiew i przyszłe plony.
— Wciąż mówisz o przyszłości. Królestwo Boże!
— Dla niego żyjemy.
— Człowiek ma tylko jedno życie.
— Jedno ziemskie i jedno wieczne. Czyż jednak z tej niepowtarzalności nie wynika nakaz, aby swoim życiem, myślami i uczynkami nie rzucał człowiek cienia na tych, którzy po nim nadejdą? Czemu jedno chore istnienie ma zatruwać inne, i grzechy i występki jednego człowieka mają się kłaść ciężarem na barki innych?
Diego milczał. Wydało mu się, że bardzo daleko, w głębi niezmiennie martwej i zimnej poświaty roztaczającej się wśród nocy, biją dzwony. Chwilę nadsłuchiwał. Była cisza.
Spytał półgłosem:
— Ojcze, dlaczego mówisz mi to wszystko? Czyż nie zostałem już osądzony?
Torquemada podniósł się z krzesła i wyprostował.
— Tak, to prawda — powiedział prawie młodzieńczym głosem. — Wyrok na ciebie zapadł.
Diego pochylił głowę. „Nie wolno mi się bać“ — pomyślał.