Strona:Jerzy Andrzejewski - Ciemności kryją ziemię.djvu/36

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Torquemada wyciągnął dłoń.
— Podaj mi, synu, rękę.
Była zimna i sucha.
— Sądzisz, ojcze, że mam gorączkę? Nie, ojcze, nie mam gorączki, jestem zdrowy.
— Widzę to, istotnie nie masz gorączki. Mówisz wszakże, bracie...
— Nazywają mnie bratem Diego.
— Mówisz wszakże, bracie Diego, w taki sposób, w jaki zwykli się zazwyczaj wypowiadać ludzie trawieni wielką gorączką albo dręczeni ciężkim grzechem obarczającym ich sumienia.
Fray Diego drgnął.
— O nie, ojcze! ciężkie grzechy obarczają nie moje sumienie. Nie mnie przecież trzeba oskarżać o gwałt i przemoc, nie na mnie ciążą ludzkie krzywdy, łzy i cierpienia. Nikt mnie jeszcze nie przeklina i nie nienawidzi. Nie mam na sumieniu żadnej zbrodni ani nieprawości.
Przez dłuższą chwilę panowało milczenie. Padre Torquemada podciągnął płaszcz pod szyję.
— Bracie Diego, mówisz w sposób dość niejasny, wydaje mi się jednak, że przemawia przez ciebie wielka pycha.
Tamten poruszył się gwałtownie.
— O nie, ojcze, to nie pycha! Nie znasz mnie przecież. Nie znasz moich myśli.
— Tak sądzisz?
— Nie wiem, ojcze. Być może je znasz, może wiesz, co się we mnie dzieje. Chciałem się modlić, nie wiedziałem, że nie jestem sam. Widzę cię po raz pierwszy, nie wiem, kim jesteś, lecz kiedy stoję przed tobą i prócz nas dwóch nie ma nikogo, wydaje mi się, jakbym cię znał od dawna, od pierwszej chwili, gdy